Bartosz Gębicz, Przegląd Sportowy (5.03.2004)marzec 5, 2004
Są jak ogień i woda, ale… znakomicie się uzupełniają. Jeden impulsywny i dynamiczny, drugi opanowany, unikający - na korcie i poza nim - spięć i konfliktów. Marcin Matkowski i Mariusz Fyrstenberg wygrali w minionym tygodniu turniej ATP Tour w brazylijskim Costa do Sauipe. Czy tak jak kiedyś Wojciech Fibak sprawią, że Polacy znów masowo zaczną kupować rakiety?
Malkontenci mówią - to tylko debel, my piszemy - trzeba w niego wierzyć. I choć trudno porównywać osiągnięcia mistrza rodem z Poznania oraz dwóch młodych ludzi, którzy nieśmiało próbują pójść w jego ślady, to łatwo dostrzec, że tę trójkę łączą podobne wspomnienia. Oraz podobne wnioski: trudności hartują. Fibak wielokrotnie opowiadał, jak marząc o Wimbledonie w fatalnych warunkach zawzięcie ćwiczył na kępach trawy na stadionie poznańskiej Olimpii. O placu z równą, zieloną nawierzchnią nie mógł nawet marzyć. Fyrstenberg przez wiele lat męczył się w stołecznej hali na Fortach Bema. Z kaloryferem tuż przy linii bocznej, na wykładzinie znanej z placówek sieci Makro Cash & Carry - niestety wytartej i z wielkimi dziurami. - Gdy zawodnicy grali sparing, umawiali się, że nie serwują na zewnątrz. Jak w takich warunkach można pracować? - zastanawiano się w mieszkaniu Fyrstenbergów. Z kolei Matkowski jako nastolatek tułał się po szczecińskich parkietach, bo w mieście nie było jeszcze ani jednego balonu!
Pompowanie pieniędzy
W pewnym momencie polskiej beznadziei powiedziano jednak “stop”. Mariusz w wieku juniora jeździł już na kilkumiesięczne sesje treningowe do Hiszpanii, Marcin też zaczął więcej podróżować. Aż strach pomyśleć, co by się działo na naszych kortach bez KOR-u, czyli Komitetu Oszalałych Rodziców. Ojcowie pompowali w swe nadzieje ogromne pieniądze.
Ogromne rzecz jasna w oczach przeciętnego zjadacza chleba, bo na choćby jeden sukces w Brazylii na pewno wystarczyć nie mogły. By w Polsce odbić się od dna, należało się odnieść do choroby trawiącej nasz tenis, a nieco żartobliwie opisywanej kiedyś przez byłego kapitana reprezentacji daviscupowej, świętej pamięci Bronisława Lewandowskiego. - Proszę w czasie mistrzostw Polski zajrzeć na parking przed halą Mery i zobaczyć, co ostatnio prezentowano na salonach samochodowych. Nasi zawodowcy zamiast oszczędzać, inwestować w siebie i ułożyć kalendarz na rok do przodu, bawią się świecidełkami. Skłonność do ryzyka jest w tym środowisku zerowa - komentował.
Podpowie i uspokoi
Fyrstenberg i Matkowski ryzykowali, ale nigdy nie postawili wszystkiego na jedną kartę. Na szczęście sytuacja się zmieniła, gdy na horyzoncie pojawiła się firma Prokom. - Wreszcie poczuliśmy stabilizację, dostrzegliśmy ludzi, którzy mogą nam sporo zaoferować. Przede wszystkim od strony organizacyjnej - cieszył się Mariusz.
Pomoc nadeszła w odpowiednim momencie. Z dwóch graczy o krańcowo różnych charakterach, którzy wcześniej występowali razem, gdy czas pozwalał, powstał zgrany duet. Trzymany twardą ręką przez trenera Lecha Bieńkowskiego. - Syn trafił na inteligentnego partnera. Potrafiącego podpowiedzieć sensowne rozwiązanie, a gdy trzeba - uspokoić. W tej parze nie ma lidera i nie ma niezdrowych emocji - uważa ojciec Marcina, Zbigniew Matkowski.
- To prawda - przyznaje Mariusz Fyrstenberg. - Wśród ludzi, którzy podczas kilkutygodniowych wyjazdów przebywają ze sobą 24 godziny na dobę, nie może być tajemnic. Czasami kłócimy się, ale najczęściej o drobiazgi. Jeśli byłyby między nami poważne różnice, o dobrych wynikach na korcie moglibyśmy zapomnieć.
Marcin z Samprasem
- Nasze rodziny się przyjaźnią. Gdy jesteśmy w Szczecinie, Mariusz mieszka u Marcina, a gdy Marcin zagląda do Warszawy, przyjmujemy go u siebie. Teraz łączy nas także interes. Używając przenośni - w deblu nie może być tak, że jeden reklamuje proszek Ariel, a drugi - Vanish - dodaje Dariusz Fyrstenberg, doradzający bratu w sprawach pozasportowych.
Wkrótce polska para będzie występować w turniejach Masters Series w Indian Wells i Miami. Na pewno zaprocentują doświadczenia, które obaj tenisiści zebrali w ciągu kilku ostatnich lat. Mariusz tenisową edukację pobierał w “szkole”, z której wyrósł Juan Carlos Ferrero. Marcin po skończeniu klasy matematycznej w jednym z najlepszych szczecińskich ogólniaków, trzy lata studiował ekonomię na słynnym University of California. I choć przez ten czas nie mógł występować w zawodowych turniejach, czasu w Stanach nie zmarnował. Podpatrywał, jak tuż obok na bieżni pracuje lekkoatleta Maurice Greene, sparował również z PeteŐm Samprasem. Był z nim sam na sam w jego prywatnej posiadłości! Dziś prawie nikt nie pamięta także, że w 1999 roku w juniorskim turnieju na Florydzie niewiele zabrakło mu do zwycięstwa nad Andy Roddickiem. Na rozkładzie ma natomiast inną amerykańską gwiazdę - MardyŐego Fisha. I choć zwykle uważa się, że wyjazd za ocean oznacza koniec tenisowej kariery, Marcin przełamał stereotyp. Przerwał studia (do zaliczenia został mu jeszcze rok), wrócił do grania z Mariuszem i nadal się rozwija. - Na razie myślimy tylko o kolejnych wygranych. Pieniądze schodzą na dalszy plan. A nauka akurat w tym momencie może poczekać - mówi.
Podczas ostatnich znakomitych występów w Ameryce Południowej największą siłą naszej pary był serwis. Gdy pierwsze podanie mieściło się w “karze” (pole serwisu), rywale o przełamaniu Polaków mogli raczej zapomnieć. Jeśli do tego nasza dwójka dołoży niezły return i przyzwoity wolej, może wygrać z każdym. - No, bez przesady, z braćmi Bryanami (najlepsza para deblowa świata - dop. red.) chyba jeszcze nie. Ale powoli oswajamy się z atmosferą wielkich imprez. I choć walczymy tylko w grze podwójnej, wreszcie dostaliśmy się za drzwi, które kiedyś były dla Polaków zamknięte na cztery spusty - uważa Fyrstenberg.
Śledzenie w internecie
Zawodnik Mery nie ukrywa, że bardzo interesują go komentarze polskich internautów. Regularnie przegląda fora w największych polskich portalach. - Dużo czytam na mój temat. Po niektórych opiniach się uśmiecham, po innych czuję się dowartościowany. Po prostu lubię wiedzieć, jak się nas postrzega - dodaje.
Ostatnio naszym deblistom wystawiano dobre noty. “Pasowanie na rycerzy” tak naprawdę odbędzie się jednak dopiero podczas turnieju w Indian Wells. W tak wielkiej imprezie Polacy jeszcze nigdy nie uczestniczyli. Ciąg dalszy wspinaczki na szczyt nastąpi nieco później - na kortach Rolanda Garrosa, podczas Wimbledonu i na tak oczekiwanej przez Fyrstenberga i Matkowskiego olimpiadzie. A później może przyjdzie czas na singla…





sierpień 22, 2008
48aeb3f646…
48aeb3f646…
Trackback | 2:41 po południu