Artykuły i Wywiady

Debel na eksportmaj 10, 2004

Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski pojawili się niespodziewanie w wielkim tenisie. Starczy im talentu, by nas jeszcze zaskoczyć, czy równie szybko znikną?

Spędzają ze sobą więcej czasu niż z własnymi rodzinami. Razem trenują, podróżują, jedzą w tych samych restauracjach, spotykają się u tego samego psychologa, grają w tych samych turniejach. I jakby tego było mało - walczą po tej samej stronie siatki. Tenisowa para Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski to dziś 15. debel świata (jeszcze w grudniu zajmowali zaledwie 75. pozycję). To także wizytówka polskiego tenisa i nadzieja na lepsze czasy dla tego sportu. Gdy występowali osobno, nie mieli sukcesów. Aż w sierpniu ubiegłego roku wygrali w Sopocie turniej z cyklu ATP Tour jako pierwszy polski debel w historii. Wcześniej podobne sukcesy odnosił tylko Wojciech Fibak, ale on zawsze grał w parze z zawodnikami z innych krajów. W lutym Fyrstenberg i Matkowski wygrali drugą tak poważną imprezę - turniej w brazylijskim Costa do Sauipe. W sumie zwyciężyli już w 15 turniejach, w całej karierze zarobili po 100 tys. dolarów (brutto), na listach rankingowych wspięli się tak wysoko, ze mogą być niemal pewni startu na igrzyskach w Atenach. A wcześniej - bo już 24 maja - zadebiutują w Turnieju Wielkiego Szlema na kortach Rolanda Garrosa w Paryżu. Jak to możliwe, by dwóch przeciętnych tenisistów stworzyło parę, która po kilkunastu miesiącach startów boi się niewielu?

Marcin Matkowski ma 23 lata. Mieszka w Szczecinie. Dla deblowych występów przerwał naukę na University of California w Los Angeles, gdzie przez trzy lata studiował ekonomię. Dzięki grze w tenisa w barwach szkoły miał stypendium i nie musiał płacić 30 tys. dolarów za rok nauki (na tę samą uczelnię uczęszczał słynny w latach 70. i 80. tenisista Jimmy Connors). Bywa impulsywny. - To jest taki pieniacz, niekiedy w hotelu wykłóca się o bzdury, których ja nawet nie zauważam - mówi ten drugi. Mariusz Fyrstenberg jest o rok starszy, spokojniejszy, stara się chłodzić temperament Marci-na. Tenisowi podporządkował wszystko, odkąd zdał maturę. W zeszłym tygodniu spotkaliśmy go w Podkowie Leśnej, gdzie trenował i rozgrywał sparringowy mecz z sympatią Martą Domachowską, najlepszą polską tenisistką. Ale na pielęgnowanie tej znajomości poza kortem nie ma zbyt wielu okazji. Pod koniec ubiegłego tygodnia Fyrstenberg i Matkowski rozpoczęli w Cetniewie przygotowania do najbliższych występów. A później znów wyruszą w świat.

Jeszcze kilka lat temu polscy tenisiści mogli tylko marzyć o pracy w takich warunkach, jakie mają dziś, i o tak wielu zagranicznych startach. Dzięki firmie Prokom, która na Polski Związek Tenisowy i jego zawodników wydaje rocznie 2 mln zł, nasz debel ma pieniądze na bilety lotnicze, hotele, prywatnego szkoleniowca (Lech Bieńkowski z Wejherowa) i trenera od przygotowania kondycyjnego (Tomasz Garstka z Poznania). - Gdyby nie sponsor, prawie wszystkie zarabiane przez nas pieniądze zjadłyby koszty podróży i startów. A być może wcale by nas nie było w zawodowym tenisie - mówi Marcin Matkowski.

Obaj tenisiści współpracują z psychoterapeutą Pawłem Holasem z Akademii Me-dycznej i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. - Zajęcia z nim pozwalają wyczyścić umysł. Jak cos mnie męczy, muszę to z siebie zrzucić. Poza tym ćwiczymy reakcje na stres, wykorzystujemy techniki wyobrażeniowe, nawet hipnozę - mówi Mariusz.

Tenis i golf to dwa sporty, w których od kondycji psychicznej zależy najwięcej. W trakcie meczu zaledwie 30 proc. czasu zajmuje gra. Reszta to czary: gesty, grymasy, wycieranie spoconego czoła ręcznikiem, odbijanie piłki o ziemię tuż przed serwisem, poprawianie naciągu w rakietach. To niemal wojna psychologiczna. - Zawodnicy uczą się zwalczać lęki, ćwiczą sztukę skupiania, starają się regulować napięcie mięśniowe i oddech. To powinno dodać im sił i pewności siebie - mówi Paweł Holas.

Pewności nabierają też przez coraz częstszy kontakt z czołówką. Jeszcze do niedawna Mariusz i Marcin oglądali tylko w telewizji największe sławy tenisa. Andre Agassi był dla nich bogiem. Aż któregoś dnia Marcin wszedł do gabinetu fizykoterapeuty, położył się na łóżku, odwrócił głowę, a obok leżał Agassi. - W deblowym świecie wciąż jest kilkanaście par lepszych od nas, niektóre nawet wyraźnie. Ale po tych kilku ważnych turniejach, po zwycięstwach i porażkach, już nam się nogi nie trzęsą na ich widok. Wciąż możemy przegrywać, ale już wiemy, jak z nimi walczyć - mówi Mariusz Fyrstenberg.

Gry deblowe nie są najważniejsza. częścią tenisowego biznesu. Oczy świata zwrócone są głównie na rywalizację indywidualną i chyba nigdy się to nie zmieni. Widać to nawet po podziale nagród w zawodowych turniejach. Debliści dostają 22-25 proc. pieniędzy z całej puli. Ale jest grupa zawodników, którzy specjalizują się wyłącznie w grze podwójnej i świetnie na tym wychodzą. Najlepsza obecnie para świata - bracia Bob i Mike Bryanowie z USA - tylko w tym roku zarobiła po 156 rys. dolarów, a w całej karierze wygrała razem 3,6 mln dolarów. Każdy z zawodników drugiej i trzeciej pary aktualnego rankingu przez ostatnie cztery miesiące zarobił ponad 122 tys. dolarów. Wystarczy, by polscy zawodnicy zrobili jeszcze dwa kroki do przodu, a takie zarobki będą w zasięgu ich ręki.

To całkiem blisko, ale jednoczenie dość daleko. Wojciech Andrzejewski, szef szkolenia w Polskim Związku Tenisowym, przewiduje, ze na kolejny awans Polaków trzeba cierpliwie poczekać kilka tygodni lub miesięcy. Trener Lech Bieńkowski robi wszystko, by szczyt formy przypadł na sierpień, na czas igrzysk w Atenach. Tam co prawda nikt za wyniki nie zapłaci, bo nie ma takiego zwyczaju, ale igrzyska to okazja do promocji i zebrania punktów rankingowych.

Dla kibiców tenisa ważne jest także to, że Fyrstenberg i Matkowski są jedną z najmłodszych par deblowych w czołówce. Fabrice Santoro z Francji ma 32 lata, Mark Knowles z Wysp Bahama, Todd Woodbridge z USA i Wayne Arthurs z Australii mają po 33 lata, a Cyril Suk z Czech - 37 lat. Przed Polakami jeszcze 10 lat kariery. Mogą wystąpić nie tylko na igrzyskach w Atenach, ale tez na dwóch kolejnych. Jeśli ich kariera będzie się rozwijać tak jak przez ostatnie miesiące, mogą wkrótce trafić do wąskiej elity najlepiej opłacanych polskich sportowców. A być może wówczas także dla całego tenisa nad Wisłą nadejdą lepsze lata.

Autor: Krzysztof Olejnik dla magazynu Newsweek, 10.05.2004

Bartosz Gębicz, Przegląd Sportowy (5.03.2004)marzec 5, 2004

Są jak ogień i woda, ale… znakomicie się uzupełniają. Jeden impulsywny i dynamiczny, drugi opanowany, unikający - na korcie i poza nim - spięć i konfliktów. Marcin Matkowski i Mariusz Fyrstenberg wygrali w minionym tygodniu turniej ATP Tour w brazylijskim Costa do Sauipe. Czy tak jak kiedyś Wojciech Fibak sprawią, że Polacy znów masowo zaczną kupować rakiety?

Malkontenci mówią - to tylko debel, my piszemy - trzeba w niego wierzyć. I choć trudno porównywać osiągnięcia mistrza rodem z Poznania oraz dwóch młodych ludzi, którzy nieśmiało próbują pójść w jego ślady, to łatwo dostrzec, że tę trójkę łączą podobne wspomnienia. Oraz podobne wnioski: trudności hartują. Fibak wielokrotnie opowiadał, jak marząc o Wimbledonie w fatalnych warunkach zawzięcie ćwiczył na kępach trawy na stadionie poznańskiej Olimpii. O placu z równą, zieloną nawierzchnią nie mógł nawet marzyć. Fyrstenberg przez wiele lat męczył się w stołecznej hali na Fortach Bema. Z kaloryferem tuż przy linii bocznej, na wykładzinie znanej z placówek sieci Makro Cash & Carry - niestety wytartej i z wielkimi dziurami. - Gdy zawodnicy grali sparing, umawiali się, że nie serwują na zewnątrz. Jak w takich warunkach można pracować? - zastanawiano się w mieszkaniu Fyrstenbergów. Z kolei Matkowski jako nastolatek tułał się po szczecińskich parkietach, bo w mieście nie było jeszcze ani jednego balonu!

Pompowanie pieniędzy

W pewnym momencie polskiej beznadziei powiedziano jednak “stop”. Mariusz w wieku juniora jeździł już na kilkumiesięczne sesje treningowe do Hiszpanii, Marcin też zaczął więcej podróżować. Aż strach pomyśleć, co by się działo na naszych kortach bez KOR-u, czyli Komitetu Oszalałych Rodziców. Ojcowie pompowali w swe nadzieje ogromne pieniądze.

Ogromne rzecz jasna w oczach przeciętnego zjadacza chleba, bo na choćby jeden sukces w Brazylii na pewno wystarczyć nie mogły. By w Polsce odbić się od dna, należało się odnieść do choroby trawiącej nasz tenis, a nieco żartobliwie opisywanej kiedyś przez byłego kapitana reprezentacji daviscupowej, świętej pamięci Bronisława Lewandowskiego. - Proszę w czasie mistrzostw Polski zajrzeć na parking przed halą Mery i zobaczyć, co ostatnio prezentowano na salonach samochodowych. Nasi zawodowcy zamiast oszczędzać, inwestować w siebie i ułożyć kalendarz na rok do przodu, bawią się świecidełkami. Skłonność do ryzyka jest w tym środowisku zerowa - komentował.

Podpowie i uspokoi

Fyrstenberg i Matkowski ryzykowali, ale nigdy nie postawili wszystkiego na jedną kartę. Na szczęście sytuacja się zmieniła, gdy na horyzoncie pojawiła się firma Prokom. - Wreszcie poczuliśmy stabilizację, dostrzegliśmy ludzi, którzy mogą nam sporo zaoferować. Przede wszystkim od strony organizacyjnej - cieszył się Mariusz.

Pomoc nadeszła w odpowiednim momencie. Z dwóch graczy o krańcowo różnych charakterach, którzy wcześniej występowali razem, gdy czas pozwalał, powstał zgrany duet. Trzymany twardą ręką przez trenera Lecha Bieńkowskiego. - Syn trafił na inteligentnego partnera. Potrafiącego podpowiedzieć sensowne rozwiązanie, a gdy trzeba - uspokoić. W tej parze nie ma lidera i nie ma niezdrowych emocji - uważa ojciec Marcina, Zbigniew Matkowski.

- To prawda - przyznaje Mariusz Fyrstenberg. - Wśród ludzi, którzy podczas kilkutygodniowych wyjazdów przebywają ze sobą 24 godziny na dobę, nie może być tajemnic. Czasami kłócimy się, ale najczęściej o drobiazgi. Jeśli byłyby między nami poważne różnice, o dobrych wynikach na korcie moglibyśmy zapomnieć.

Marcin z Samprasem

- Nasze rodziny się przyjaźnią. Gdy jesteśmy w Szczecinie, Mariusz mieszka u Marcina, a gdy Marcin zagląda do Warszawy, przyjmujemy go u siebie. Teraz łączy nas także interes. Używając przenośni - w deblu nie może być tak, że jeden reklamuje proszek Ariel, a drugi - Vanish - dodaje Dariusz Fyrstenberg, doradzający bratu w sprawach pozasportowych.

Wkrótce polska para będzie występować w turniejach Masters Series w Indian Wells i Miami. Na pewno zaprocentują doświadczenia, które obaj tenisiści zebrali w ciągu kilku ostatnich lat. Mariusz tenisową edukację pobierał w “szkole”, z której wyrósł Juan Carlos Ferrero. Marcin po skończeniu klasy matematycznej w jednym z najlepszych szczecińskich ogólniaków, trzy lata studiował ekonomię na słynnym University of California. I choć przez ten czas nie mógł występować w zawodowych turniejach, czasu w Stanach nie zmarnował. Podpatrywał, jak tuż obok na bieżni pracuje lekkoatleta Maurice Greene, sparował również z PeteŐm Samprasem. Był z nim sam na sam w jego prywatnej posiadłości! Dziś prawie nikt nie pamięta także, że w 1999 roku w juniorskim turnieju na Florydzie niewiele zabrakło mu do zwycięstwa nad Andy Roddickiem. Na rozkładzie ma natomiast inną amerykańską gwiazdę - MardyŐego Fisha. I choć zwykle uważa się, że wyjazd za ocean oznacza koniec tenisowej kariery, Marcin przełamał stereotyp. Przerwał studia (do zaliczenia został mu jeszcze rok), wrócił do grania z Mariuszem i nadal się rozwija. - Na razie myślimy tylko o kolejnych wygranych. Pieniądze schodzą na dalszy plan. A nauka akurat w tym momencie może poczekać - mówi.

Podczas ostatnich znakomitych występów w Ameryce Południowej największą siłą naszej pary był serwis. Gdy pierwsze podanie mieściło się w “karze” (pole serwisu), rywale o przełamaniu Polaków mogli raczej zapomnieć. Jeśli do tego nasza dwójka dołoży niezły return i przyzwoity wolej, może wygrać z każdym. - No, bez przesady, z braćmi Bryanami (najlepsza para deblowa świata - dop. red.) chyba jeszcze nie. Ale powoli oswajamy się z atmosferą wielkich imprez. I choć walczymy tylko w grze podwójnej, wreszcie dostaliśmy się za drzwi, które kiedyś były dla Polaków zamknięte na cztery spusty - uważa Fyrstenberg.

Śledzenie w internecie

Zawodnik Mery nie ukrywa, że bardzo interesują go komentarze polskich internautów. Regularnie przegląda fora w największych polskich portalach. - Dużo czytam na mój temat. Po niektórych opiniach się uśmiecham, po innych czuję się dowartościowany. Po prostu lubię wiedzieć, jak się nas postrzega - dodaje.

Ostatnio naszym deblistom wystawiano dobre noty. “Pasowanie na rycerzy” tak naprawdę odbędzie się jednak dopiero podczas turnieju w Indian Wells. W tak wielkiej imprezie Polacy jeszcze nigdy nie uczestniczyli. Ciąg dalszy wspinaczki na szczyt nastąpi nieco później - na kortach Rolanda Garrosa, podczas Wimbledonu i na tak oczekiwanej przez Fyrstenberga i Matkowskiego olimpiadzie. A później może przyjdzie czas na singla…